O „POCHODZIE CZARNEGO KRZYŻA” FRANCISZKA BECIŃSKIEGO

W przyszłym roku minie dwudziesta rocznica wydania książki Franciszka Becińskiego „Pochód czarnego krzyża”, wojennej kroniki pisanej z narażeniem życia autora i jego rodziny, w pierwszych miesiącach okupacji hitlerowskiej, przez znanego na Kujawach poetę – kowala spod Płowiec. Po II wojnie światowej wiele lat zabiegał on bezskutecznie o publikację swoich pamiętników, ale się jej nie doczekał ze względu na cenzurę. Przeżycia, przemyślenia i poglądy pisarza zawarte z pełną szczerością na stronicach „Pochodu…” nijak nie przystawały do nowej socjalistycznej rzeczywistości. Zbyt wiele w nich wiary i religijności, ale także polityki i problemów społecznych. W kwietniu 2006 roku ukazał się wreszcie pierwszy i jedyny do tej pory, nakład „Pochodu czarnego krzyża”, wydany przez „Wydawnictwo Urbański” z Torunia, a uroczysta promocja zorganizowana przez ówczesną dyrektor biblioteki, Panią Halinę Paczkowską, miała miejsce w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej w Radziejowie, noszącej imię poety, przy udziale miejscowych władz, członków rodziny autora, środowisk oświatowych, lokalnego radia i prasy. Opracowaniem historycznym tekstu zajął się dr Andrzej Cieśla, natomiast wstępem opatrzyła Anna Skrzypińska. Książka została życzliwie przyjęta przez miłośników historii naszego regionu, obecnie jednak nieco o zapiskach Becińskiego zapomniano. Może spowodował to niewielki nakład (500 egzemplarzy), a może nowe pokolenie czytelników nie zna tej wartościowej pozycji, co jest powodem, by o niej przypomnieć. W tym celu przytoczmy fragment wstępu do „Pochodu czarnego krzyża”, zachęcając jednocześnie do lektury książki.

„Najtrafniej sklasyfikował gatunkowo zapiski ojca Adam Beciński, nazywając je kroniką literacką. Określenie tym celniejsze, gdy czytelnik zwróci uwagę na olbrzymią dbałość „kronikarza” o wierne odtworzenie faktów i atmosfery ostatnich dni sierpnia 1939 roku oraz pierwszych wojennych miesięcy. Z tego powodu proza poety – kowala przedstawia dużą wartość dokumentalną. W zagrodzie Becińskich, niczym w przydrożnej austerii, zatrzymywali się strudzeni uciekinierzy z Pomorza i Kujaw przyjmowani „czym chata bogata”. Każdy z nich miał do przekazania swoją własną opowieść, z której wyłaniała się tragedia całego narodu. Po informacje wyruszał też Beciński do pobliskich dworów, do Osięcin i Radziejowa, głęboko przeżywając wieści o wypadkach zachodzących setki kilometrów od Pilichowa. Początkowa nadzieja w siłę polskiej armii, potem w pomoc sojuszników, stopniowo, pod wpływem zaistniałych wydarzeń, przeistaczała się w przygnębienie. Temu stanowi nie towarzyszyła jednak rezygnacja. Autor analizował przyczyny klęski wrześniowej, obwiniając sanacyjny rząd.[…] Szukał wreszcie dróg dla przyszłej wolnej Polski.[…]

Największą wartość dokumentalną mają te fragmenty, gdzie relacjonuje Beciński – dziennikarz. Szkołę felietonu przeszedł w latach trzydziestych, kiedy był korespondentem prasy regionalnej. Wyrobienie literackie oraz umiejętność obserwacji pomogły mu w interesującej formie odtworzyć wydarzenia, których był świadkiem lub uczestnikiem, a nabyte wcześniej doświadczenie sprawiło, że dbał o rzetelność przedstawianych informacji.”

Oto kilka szczególnie wymownych fragmentów książki Franciszka Becińskiego, z których przebija troska o losy ojczyzny, istnienie narodu oraz patriotyzm i humanizm w najczystszej, bo bezinteresownej formie.

„Mieszkańcy mojej wioski gromadzili się około wozów uciekającej ludności, rozmawiali, wypytywali o wypadki wojenne, karmili zgłodniałe dzieci mlekiem i chlebem. Przecież w tej rzeszy uciekających byli nasi bracia, tej samej krwi naród – jeszcze parę dni temu mający swój własny wszelaki dostatek, a dziś już tułacze bezdomni, uchodzący po prostu bez kierunku i bez celu właściwego.

Przed samym wieczorem udałem się na rowerze do Radziejowa Kujawskiego.

Gdy dotarłem do Płowiec, cała szosa, jak okiem sięgnąć mogłem, po sam Radziejów, jaśniejący w przedwieczornej poświacie na wyniosłym wzgórzu – zalana była wozami, ludnością idącą pieszo i pędzonymi gromadami bydła.

Wszystko to pchało się, tłoczyło w jakimś panicznym popłochu z krzykiem i nawoływaniem. Długie drabiniaste wozy zaprzężone w cztery konie, małe woziki, bryczki, powozy i karety lśniące jak lustra czernią swoich lakierów, ręczne wózeczki napiętrzone tłumoczkami, a ciągnione już ostatnim wysiłkiem przez kobiety i dzieci.

– Mąż na wojnie, a ja uciekam z dziećmi – mówi blada od wysiłku kobieta. […]”

„Drogą cofało się wojsko. Wlokły się z trudem po piaszczystej drodze niezliczone wozy, skrzypiące przejmująco pod załadowanym ciężarem.[…] Powróciłem do mieszkania i w ubraniu rzuciłem się na łóżko. W duszy mojej odezwały się teraz dalekie wspomnienia wojny polsko – bolszewickiej.

Owe męczące pochody nocne o głodzie i chłodzie przez szerokie stepowe pustkowie kresowe, te bezustanne walki, podjazdy, pościgi i odwroty raptowne…

Jakże zazdrościłem w tej chwili doli tym oto szarym żołnierzom, którzy Ojczyźnie mogą ofiarować swoje trudy, swoją żołnierską mękę, która zostanie przecież nareszcie uwieńczona jakąś wielką glorią zwycięstwa, złożonego na ołtarzu Polski.”

„…wielu ludzi koczowało po prostu poza domem z obawy przed aresztowaniem, przed wysiedleniem lub groźbą wywiezienia do pracy w Niemczech. Prawie każdego dnia wśród przechodzących drogą wiejską mogłem zauważyć obce postacie, jak bądź byli ubrani, wystraszeni i bardzo nędzni. Bardzo ostrożnie zachodzili do chat, by się pożywić i dowiedzieć się czegoś. Spali gdzie się dało. Najczęściej w polu, w stogach słomy.

Byli między nimi i tacy, co z protektoratu przez granicę się przedarli. Szukali teraz jakiegoś oparcia, przytułku i możliwości jakiejś egzystencji.

Nie posiadali żadnych dowodów osobistych. Ważny to problem życiowy. Po przemyśleniu dokładnym zabrałem się do zaradzenia temu. Należy zdobyć gdzieś blankiety z pieczątkami. W tym czasie przypadek mnie skontaktował z doktorem stomatologii Kajkowskim z Poznania. Zbiegł po prostu przed wywiezieniem do lagru i w Radziejowie Kujawskim znalazł zatrudnienie w magistracie jako biuralista świetnie władający kilku językami. Znane mu było moje nazwisko, więc łatwo nam było się porozumieć. Dostałem od niego kilkadziesiąt blankietów dowodowych z pieczątką – tylko do wypełnienia.

Kochany dr Kajkowski nie pomyślał może o tym nigdy, jak wielką oddał tym przysługę dla naszej polskiej sprawy czasu hitlerowskiego najazdu.

Ilu i jakich ludzi zaopatrzyłem w dowody osobiste?

Listy nie prowadziłem. A nawet wolałem nie utrwalać w pamięci nazwisk ludzi, którym pomogłem w czasie okupacji. Przemawiała za tym praktyczna przezorność konspiracyjna.”

„Pochód czarnego krzyża trwa.

Kto mu się ostoi? Kto zostanie tu na straży tej ziemi, ażeby mową swoją dać świadectwo, że myśmy tu prawie dziedzice od tysiąca lat. Tu w tej ziemi na każdym niemal kroku widać odwieczne ślady ojców naszych”.

Anna Skrzypińska

Dodaj do zakładek Link.

Możliwość komentowania została wyłączona.